film dobiegl konca
zdaje sie ze sala klaskala
nie chcialem tego slyszec
ktos mi gratulowal, ale nie chcialem mu wierzyc

cos nie zaszlo
nie wiem co

chyba na cos liczylem. ze tym razem cos bedzie inaczej.
nie wiem na co.
moze na to ze moja osoba wzbudzi zainteresowanie ?
to taki strzal, nie wiem na co czekalem. w co wierzylem. nic takiego sie nie stalo

nagle zauwazylem ze rodzice juz pojechali
normalnie nie mialbym nic przeciwko, wrecz ucieszlybym sie
teraz...nie, nie zasmucilem sie z tego powodu. ale dziwnie mi sie zrobilo

jakie plany? co teraz? gdzie idziemy?

ekipa filmowa chce isc do pubu yesterday.
ja chce porozmawiac ze znajomymi. z grupa ze studiow, z grupa z podstawowki. z liceum.
chce poogladac filmow
ale niczego nie chce naprawde

ide do yesterday.
w polowie drogi wiem juz na pewno, ze zaraz bede wracal. chce dopelnic formalnosci i nadac sens tym paru minutom ktore juz szlismy.

w pubie ochroniaz pyta czy mam w plecaku alkochol. odpowiadam ze owszem, ale czy moge zostawic plecak? i tak zaraz wracam. zgadza sie.

klub.
dancefloor pelen ludzi.
nie tak dresiarsko, nie ma afiszowania sie z makijarzem, to znaczy jest, ale i tak jest naturalniej niz to co ostawnio widywalem

tak czy siak czuje ze zaczynaja dzialac stare, imprezowe mechanizmy. z kazda sekunda tam czuje sie troche gorzej

aktorzy mowia zebym chwile zostal.
daja mi i poziomce po maskotce

powinienem sie cieszyc do cholery
powinienem ich lubic. powinno byc cos innego.

czuje obojetnosc. czuje wdziecznosc, ale jest mi ona obojetna.
potrafie tylko zmusic sie do usmiechu.
wychodze.

po drodze mijam natalie (aktorka z haiku). ona jest madra.
spojrzala na mnie, i zobaczyla co czuje. ja spojrzalem na nia, i zobaczylem, ze ona widzi co czuje. ona spojrzala na mnie znowu
wszystko trwalo wymowne trzy sekundy
podniosla pozegnalnie reke - zrozumiala. odpowiadam tym samym i odchodze

bladzic po miescie. bo nie trafilem od razu spowrotem do kina. krazylem i krazylem, zanim znalazlem.
krazac zastanawialem sie skad bierze sie uczucie wydrazenia ktore mialem.

dlaczego mam w sobie pustke?

jakis cel zostal spelniony. premiera w wielkim kinie.
pewnie czesci ludzi sie spodoba.
nie wiem czy beda fani, ale pewnie tak

(wiem ze to moze megalomania, ale wiem tez swoje)

wszystko poszlo +- zgodnie z planem
udalo sie
i moze przez to czuje pustke?

cel zostal spelniony. dopoki nie znajde nowego celu, nowego projektu, nowego bozka, na ktorego oltarzu skladac bede teraz swoj pot i lzy, i od ktorego oczekiwac bede szczescia, bede zawieszony w prozni, z lekka nutka dekadencji.
i goryczy.
ktora daje satysfakcje.
gdyby wtedy zrobilo sie zimno i zaczal padac deszcz - masochista we mnie czulbysie szczesliwy

majac takie powody.
nicosc. brak celu, sensu.

wrocilem jakos wreszcie do kina.

okazalo sie ze ekipa hajkowa tez zmyla sie z yesterday.

potem powrot do blachostek ze znajomymi.
czemu tego tak pragnalem?

i czemu wszystko czego bardzo pragne kiedy podejde okazuje sie puste?
tylko stan pogoni za nieuchwytnym jest w miare stabilny
daje w-miare-szczescie

a moze wcale nie. moge mylic sie w dziesiatkach punktow.
moge tez miec jedna z dziesiatek racji.
ale to temat na inne rozwazania.